wtorek, 27 marca 2018

Koniec zimowych wakacji :)


 

Nie było mnie w domu przez sześć dni, nigdy nie opuszczałam swojej przystani w niebieskiej chacie na tak długo.
Los zdarzył, ze wyjechałam z początkiem dużych mrozów, a wróciłam kilka dni przed końcem lodowatej fali.
Przywitał mnie nieskalanie biały, skrzysty śnieg, sięgający do pół łydki. Nasypał mi się do krótkich botków, kiedy brnęłam do drzwi chatki. Chyba minus osiem.
Domek zimny, piece i komin wyziębione, więc najbliższe dwie doby przypominały nieco temperaturą pierwsze moje zimy tutaj. 
Marzły mi ręce, a rano szła para z ust :). Potem ściany i komin rozgrzały się, a piec już się nie wyziębiał przed upływem doby. Można było ściągnąć gruby polar.
 A teraz powiało ciepłym wiatrem. Idzie wiosna :)

Śpiewają pięknie ptaki, jest dużo słońca, ale ciągle jeszcze leży śnieg spod którego widać gdzieniegdzie łaty brunatnej ziemi i kopce kretów. 
W dzień drogą płynie silny potok wody ze stopionego śniegu, wyrywając jeszcze większe dziury w pokruszonym asfalcie. Pobocza zamieniają się w bagno które rozjeżdżają samochody uprawiające slalom między wyrwami. Tak zazwyczaj wyglądają Końce Świata :)

Czekam z sadzeniem sztobrów topoli aż rozmarznie ziemia.
Pracuję trochę z cięciem resztek zeszłorocznego drewna w oborze i staram się ją uporządkować, żeby zrobić miejsce na nowe. Już dotarłyśmy się z nową piłą łańcuchową, więc idzie sprawnie.
Oj, zastały mi się mięśnie przez zimowe lenistwo i dokuczają zakwasy. Nie całkiem jeszcze chce mnie opuścić leń zimowy, ech.
Wygląda na to, że w tym roku nie będzie długiego przedwiośnia i będę musiała mocno się sprężać, żeby porobić wszystkie przedwiosenne prace.

Jeszcze na chwilę wrócę do mydełka potasowego. Obiecałam napisać trochę o jego właściwościach.
Takie domowe mydło nie zawiera żadnej chemii, oprócz zasady potasowej, która zmydla (zamienia w mydło) tłuszcze. Ja zawsze robię mydła nie zawierające tłuszczów zwierzęcych.
Ostatnie mydło jakie robiłam miało w składzie olej kokosowy, olej słonecznikowy, oraz oliwę z oliwek.
W zasadzie to na oleju słonecznikowym i na oliwie najpierw zrobiłam wyciąg z szałwii, lawendy, żywokostu, oraz kwiatu jaśminowca wonnego. Dopiero potem połączyłam to z roztopionym olejem kokosowym i zaczęłam grzać garnek z przyszłym mydłem. Na piecu kuchennym opalanym drewnem. To się grzeje kilka godzin, zanim zmydli się tłuszcz. Temperatura jest niewysoka, więc nie niszczą się właściwości ziół.
(Zioła można dobierać w zależności od potrzeby- np na problemy skórne, alergiczne, itp. Te były lekko odkażające, mocno kondycjonujące, regenerujące).

Dodatek oleju kokosowego powoduje to, że mydło jest nieco twardsze. Nie przypomina żelu, ani miękkiej pasty. Trudniej się nabiera na palce z pojemnika. Warto wtedy do innego pudełeczka lub słoiczka włożyć łyżkę takiego mydła, zalać dwoma-trzema łyżkami wody , lekko „posiekać” żeby miało jak największą styczność z wodą i zostawić na dzień, dwa, żeby zmiękło i przybrało konsystencję żelu.. Resztę mydła wstawić do lodówki, to przedłuży jego trwałość. Jeśli doda się więcej wody, można zrobić mydło w płynie i wlać do dozownika.

Łyżeczka tak rozpuszczonego mydła (w 200ml wody) to doskonały szampon. Po kilku myciach widać różnicę w kondycji włosów. 
(Spłukać mydło z głowy wodą z octem, najlepiej jabłkowym. Ja zakwaszam wodę wit,C)

Mydło potasowe nie wysusza skóry, ma samo w sobie właściwości nawilżające. Skóra w obecności potasu chłonie wodę. W obecności sodu oddaje wodę, stąd mydła sodowe (popularne twarde mydła w kostce), wysuszają.
Mydło potasowe ma doskonałe właściwości myjące, dobrze się pieni i jest wydajne. Daje sobie radę nawet z tłustą sadzą. Jest ekologiczne, rośliny traktują je jako pożywkę. Również dla naszej skóry jest naturalne.
Użycie dobrych pielęgnujących tłuszczy, oraz bogatych wyciągów ziołowych, powoduje dodatkowe korzyści lecznicze i upiększające skórę. To jak mydło i maseczka w jednym. Na całe ciało.

Mydło potasowe rozpuszcza zrogowaciały naskórek, stąd namydlenie ciała i przetrzymanie go na skórze przez kilka minut, to skuteczny i nieszkodliwy piling. Warto wtedy spłukując się wodą, użyć szorstkiej tkaniny, rękawicy lub gąbki. Używam gazy, bo nie lubię gąbek. Gaza jest szorstka, daje się wyprać, a po kilku razach po prostu ją wyrzucam.
Mam zbyt bogatą wyobraźnie, by używać gąbek. Widzę, jak rozpuszcza się plastik pod wpływem mydła i tym podobnych rzeczy, a potem jak w ciepłych, wilgotnych gąbczastych jaskiniach mnoży się życie -gołym okiem niewidoczne....

Mycie tym mydłem, zmniejsza obrzęki ciała. Takie dostałam informacje zwrotne. Dotyczyły konkretnie opuchniętych nóg. Nie wiem, czy potas zadziałał czy zioła, a może wszystko razem.

No to na dzisiaj tyle, bo trochę późno się zrobiło
Pięknej wiosny życzę :)






niedziela, 25 lutego 2018

Spotkanie

Prawdziwa zima w końcu dotarła i do nas.  Iskrzący śnieg i poranne słońce, wywołują uśmiech na twarzy. Łapki marzną na dworze.
Jeszcze trochę zimowej laby, ale niedługo przedwiośnie i znów sporo pracy na dworze, przy drewnie i porządkach  pozimowych.
Czas przejrzeć nasiona i uszykować doniczki na siewy  ulubionych odmian pomidorów.
Chętnie podglądam blog KuroNeko "wędrując przez życie" z i ściągam od Niej pomysły :)

Dogaduję też pomoc do sadzenia wczesną wiosną sztobrów topoli szybko rosnącej, na szpaler od północnej strony działki.  Będzie ich chyba setka, jak nie więcej. Miały być świerki, ale rozsądnie stanęło na topolach. Będa to topole nie kwitnące, więc nie będzie problemu z puchem z nasion. Szybko rosną, odnawiają się po ścięciu,  więc za kilka lat zapewnią drewno opałowe.

W tym roku wiosna  w Niebieskiej Chacie rozpocznie  się nietypowo, bo moim wyjazdem  do Oświęcimia,  na spotkanie  w Studio Jogi „Pełnia“,  z osobami zainteresowanymi wpływem umysłu na ciało.
To znaczy:
będę mówić o tym jak wielką moc stwarzania mają  umysł i emocje, jak zaprząc je do pracy na naszą rzecz,  
a także dlaczego ze strony umysłu spotyka nas najczęściej dywersja, a emocje rozmazują nas po ścianach,
dlaczego większość z nas ma poczucie „mgły umysłowej“,
oraz  co ma z tym wspólnego poziom energii i pewne substancje nieorganiczne.
I jeszcze trochę więcej, bo te tematy zazębiają się z różnymi ciekawymi, ważnymi  dla naszego życia  zagadnieniami.
Dotrzemy do najważniejszego, czyli do przyczyn tego dziwnego zjawiska, że ludzie powszechnie chorują, a u dzieci występują przypadłości, które dotykały kiedyś wyłącznie starców.
Same zagadki?
Zapewniam, że to jest jak dobry kryminał,
z tym że w roli ofiary występujemy my .....

I powiem Wam, że może być całkiem pięknie i inaczej, jeśli uświadomimy sobie, kim jest naprawdę istota ludzka i że istnieje instrukcja obsługi człowieka  którą każdy z nas powinien znać  choć w podstawowym zakresie, żeby przejąć swój los we własne ręce.

W zakresie należącym do tematu ( w zależności od zainteresowania) opowiem  o ziołach zwyczajnie rosnących w Polsce, nie ustępujących tym amazońskim, chińskim i ajurwedyjskim i co możemy z nich zrobić we własnym zakresie, oraz powiem o tym jak należy traktować zioła, aby uzyskać od nich pomoc.

W kolejnej części  spotkania mój kolega "po fachu"  Bioterapeuta,  nauczy odczuwania przepływu energii,  pokaże jak ją wzmacniać oraz kierować w bolesne i potrzebujące pomocy organy ciała. Opowie też o zasadach pracy z bioenergią, tak by każdy umiał sam siebie wspomóc od tej strony w procesie powrotu do zdrowia.

Te informacje są kluczem do tajemnicy  sprawności  fizycznej,  umysłowej, dobrego samopoczucia i niezależności.

Warsztat rozpocznie się w sobotę 17 marca o godz 10.00 i skończy o 16.30 (w tym ok 13.00 przerwa na obiad) i jeśli ktoś z Was ma ochotę na spotkanie na żywo, poznanie innych ludzi zainteresowanych tymi tematami  i przysłowiową „czerwoną pigułkę“  na pobudkę,   to tu  https://www.facebook.com/events/727512057441917/  jest  link do strony Organizatora zdarzenia, gdzie można uzyskać  dokładne informacje.




wtorek, 26 grudnia 2017

Koło czasu

I tak to świat znów zatoczył koło w czasie, znów święta i zaraz koniec roku.
Pewnie, że to nic odkrywczego :)
Jednak z roku na rok zmienia się jakość. Jakość myślenia, życia, patrzenia na świat, zdrowia.
Końcówka roku to czas na podsumowania.
I co jest bardziej ważne, rzeczy fizyczne, czy niefizyczne?
Jak to jest u Ciebie?
U mnie z rzeczy fizycznych ciągle masa celów do osiągnięcia.
Bardzo wiele zostało już zrobione, w tym postawione dwa nowe piece (tak, dobrze widzisz :), czekające na estetyczne wykończenie. Teraz są w pełni sprawne, jednak w ogólnym wyrazie nieco jeszcze surowe .
O tym jednak w następnym wpisie.
Dziś sobie tylko pomarudzę na blogu o wszystkim i o niczym.
Wytrzymasz?
No więc (wiem, że się nie zaczyna od „no więc“, ale lubię :), przymierzam się już dwa miesiące (jak pies do jeża), do zrobienia kawałka wylewki w potencjalnej łazience.
Niby nic, zmieszać cement z piaskiem i wodą, a potem powypełniać braki w posadzce, no ale... nie mogę się do tego zabrać. Tak samo jak do rur odpływowych i do podłączenia wody w łazience. Ciągle mam wrażenie że jak to zrobię i włączę wodę, to będzie fontanna pod sufit i tyle z tego będzie.
Mam ze trzy drzewa zwalone bywszą wichurą do pocięcia na kawałki i przywleczenia do domu, ale teraz piły nie posiadam i zapału takoż, bo mokro ciągle. Pada.
A w ogóle, to marzy mi sie krajzega :)

Na okna uszyłam rolety z grubego materiału, bo roleta przylega do okna i zatrzymuje ciepło w domu. Fajnie to wygląda. Nie ma firanek, bo nie lubię firanek. Choć przy tym typie rolet, firanki jak najbardziej można podpiąć. Mam ich całe pudło.
Dom robi się coraz bardziej mój, coraz mniej przypomina ten, który kupiłam.
Tego i poprzedniego roku, w przemianach domu uczestniczyło wielu moich dawniejszych i nowych przyjaciół. Brak mi słów na podziękowania.

Jestem już chyba całkiem dzikim człowiekiem, bo zaczynam dzielić rok na noc i dzień.
Teraz jest noc, właśnie za kilka dni mijać będzie północ. Kto pracuje w nocy, jeśli nie musi?
W lutym będzie przedświt, a w marcu świtanie.
Zima to czas snów.
Dużo się uczę, czytam, a także opracowuję materiały o boreliozie na lutowe spotkanie w Oświęcimiu, z osobami zainteresowanymi tematem.
Dużo też śpię, bo długo jest ciemno.

Zrobiłam następne wydanie mydła potasowego. Letnie było zielone i prześwitujące jak szmaragd, bo z wyciągów z zielonych roślin. To zimowe jest jak brązowo-czerwony bursztyn, z suszonych.
Nie chcę już używać mydła sodowego. Nie mam też chęci, aby je zrobić.
W magicznej dębowej szafie są herbaty fermentowane z lisci różnych drzew i krzewów, zioła i wyciągi roślinne octowe i na olejach. Z herbat najbardziej lubię wiśniową i bergeniową.
Są też suszone i sproszkowane zioła spożywcze, takie które można dodawać do zup i koktaili. Suszę i proszkuję też nadmiary jarmużu który przynoszę z ogródka. jak się skończy ten świeży, będzie jak znalazł. Mam szczypior z zagapionych na grządkach jesienią cebul, zielony bluszczyk kurdybanek, duże liście szałwii muszkatołowej. Taka ciepła zima tego roku.
Jak jestem przy ogródku, to wspomnę, ze ziemniaki posadziłam podczas zbiorów, dość późno bo na początku listopada i przykryłam grubą warstwą liści.
Leniwiec ze mnie :) Bez kopania, w świeżą, czystą od chwastów ziemię.
Zobaczymy co z tego wyniknie.
Jedzenie coraz mniej wyszukane, coraz prostsze. I po takim wspaniale się czuję.
Surówki, jabłka, czasem zupa z samych warzyw. Dynia to u mnie zimowa królowa. Rzadko ziemniaki, czasem chleb lub placki z gryki i owsa, trochę strączkowych (fasola, cieciorka, soczewica), jarmuż z zimowego ogródka.
Surowe oleje, orzechy włoskie i laskowe, słonecznik i inne ziarenka. Grzyby: żółciak siarkowy (leśny kurczak) zakonserwowany w słoikach z sosem pomidorowym, suszone i kiszone opieńki.
Kiszone własnoręcznie ogórki, kapusta i buraczki. Są też zakiszone kłącza czyśćca. Nie wiem jak smakują, bo jeszcze do nich nie dotarłam. Przyglądam się im jak rybkom w akwarium. A właściwie jak przynęcie na rybki, bo kłącza czyśćca przypominają wyglądem robaki.
Kasze przestały mi „wchodzić“, jedynie owsianka z surowym olejem jeszcze mi smakuje.
Przeszła mi nawet słabość do ryżu, którą miałam od zawsze.
Zapas kasz mam, więc będę karmić ptaki. Bażanty pomieszkują nieopodal domu, w niekoszonych trawach. Krzyczą, jak przechodzę obok.

Patrzę na garnki i naczynia i myślę: Po co mi tyle tego? Po trochu wynoszę do kredensu w magazynku przy oborze.
Czasem myślę, ze jestem nieprzyzwoitym człowiekiem, bo zamiast być użytecznym klientem aptek i marketów, skubię sobie zielsko tu i ówdzie, ciesząc się coraz lepszym zdrowiem i samopoczuciem.
I wyznam jak na spowiedzi, że nie mam wyrzutów sumienia z tego powodu.
Mam satysfakcję, bo moje zdrowie fizyczne to następne piętro w górę i ciągła zwyżka wydolności psychicznej i umysłowej.






Tego lata pożegnałam Maciusia. Nie mam już kotwicy, jestem jak dmuchawiec na wietrze.
Nigdzie już się spieszyć nie będę.


niedziela, 1 października 2017

Ogródkowa jesień


Wczoraj, z powodu zapowiadanych przymrozków, zebrałam z ogródka dynie.
Jestem zadowolona z tych małych, bo trudno zagospodarować wielkie okazy po rozkrojeniu. Trzeba je natychmiast przerabiać, a ja wolę świeże. Dynie ładnie się przechowują w domowych warunkach niemal do kwietnia.


 Małe pomarańczowe to Hokkaido, a żółtozielone to słodka Delicata (Kuro Neko, dziękuję za nasionka!), do jedzenia na surowo jak i do pieczenia.
Wielkie różowe dynie dała samosiejka, której darowałam przy pieleniu (Skąd ona się tam wzięła?). Zarosła mi w  podzięce pół ogródka.

Ciąg dalszy zbiorów :)

Jest kilka niedojrzałych dyniek, sprawdzę jak będą smakowały ukiszone tak jak ogórki.

Ziemniaki w tym roku mnie zaskoczyły bardzo.
Nie robiłam przy nich od posadzenia w zasadzie nic.
Nie obkopywałam (posadziłam w miękką ziemię dość głęboko), jedną połowę wyściółkowałam trawą spod kosiarki, żeby nie rosły chwasty, a drugiej już nie zdążyłam. Ziemniaki tak urosły, że chwasty nie miały z nimi żadnych szans, zostały wyduszone. Przyznaję, że byłam w szoku.
Stonki w tym roku nie było, co też mnie zdziwiło mocno, ale zrozumiałam dlaczego, kiedy jednego razu zbliżyłam się za bardzo do poletka i nerwowo nie wytrzymała jedna bażancica- z krzykiem poderwała się w powietrze, a za nią z wrzaskiem reszta stada ukrytego w ziemniakach. Szare bażancie kurki były dla mnie niewidoczne z dala na tle ziemi.
To one systematycznie czyściły mi ziemniaki. Jak się dowiedziałam od Gorzkiej Jagody, bażanty lubią jeść stonkę.
Plon jest bardzo ładny i zdrowy. W tym roku posadzę je na jesieni, a potem przysypię łętami po dyniach i jesiennymi liśćmi.
Jeszcze do sadzenia czosnek i zobaczę, co da się posiać jesienią, przy okazji zbiorów.. Prawdopodobnie marchew, sałata, koper, szpinak?

Suszę do słoików nać pietruszki, selera, żółtlicę, babkę, jarmuż, koniczynę i inne dobra, na dodatek do zimowych szejków.

Namolne jesienne myszy które sprowadzały się całymi rodzinami na zimowanie, znikły z terenu domu ot tak sobie, a przyczyną okazała się łasiczka, która zamieszkała na strychu. Przez uchyloną klapę "wizytowała" resztę domu nocą.
Przyroda jest niesamowita :)


sobota, 9 września 2017

Zabawa ze Smokami

Dlaczego Smoki nie sa gadami
i jak Bogini Mogosz zabrano moc, zamieniając ją
w przemoczoną Mokosz i zaspaną Makosz.

Tak sobie pracuję powoli w tym roku i piszę niewiele, bo lubie opisywać rzeczy ukończone, a nie projekty lub zalążki czynów.
Wiele zostało zaczęte, więc i wykańczanie tego jest rozproszone na "szerokim froncie", (jak mawiano za moich pięknych lat), a front jest baaardzo szeroki, więc zeszła wiosna, lato i początkiem jesieni będzie finisz jednego z projektów. Niedługo zamieszczę fotki i opis. A reszta
kiedy?- to się zobaczy.
Lubię pracowac intuicyjnie, bo wtedy wszystko ładnie samo się układa. a problemy samoistnie rozwiązują.
W tym celu musze jednak zająć umysł jakimś zadaniem, żeby się nie wtracał do pracy rąk i nie mieszał do porządku Wszechświata.
Do zabawy dostał..Smoki.
Zrobiło się interesująco już w momencie, kiedy w to słowo wpasował litery które zazwyczaj stosujesię zamiennie z powodu bliskości brzmienia (s-z, g-k, o-a).
Ze słowa Smoki, powstało słowo Zmogi. ???
Zmogi; ZMogi; Z Mogi (z czego? z Mogi)
Co to jest Moga? Moga, to znaczy możność, by coś uczynić, MOC
A zamieńmy: o na a. MAGA.
I nasze SMOKI-ZMOGI, zmieniają się na ZMAGI
(Mag to człowiek dysponujący mocą zmieniania rzeczywistości)
Czyli nasz ZMAG(smok) powstał z kogoś, kto był MAGIEM, a raczej MAGĄ pełną MOGI bo Maga to rodzaj żeński.
Rodzaj żeński wydaje na świat nowe istoty.
Smok to dziecko Mogi-Magi.
Nie może być wobec tego gadem. Nie wierzycie?
A co robi mały Smok? SMOGTA, czyli smokta(wymienne g-t). Czyli według dzisiejszych kryteriów jest SSAKIEM.
-A skąd się wzięło pojęcie że smok to gad?
-Ano, od gadziny- podpowiada mój niestrudzony umysł.
Od gospodarskich zwierząt zwanych gadziną.
-A dlaczego nazywano zwierzeta GADZINĄ?- nie popuszczam. Przecież ludzie nie hodowali węży i jaszczurek [kombinuj :), kombinuj :) ]
-No bo : Ga-dzina, ga-ganie, danie-ga ga ga, ga-danie, gęganie- bezsensowne dźwięki. Wszystko co wydaje dźwięki które nie są sensownymi SłOWAMI.
Nawet potoczne paplanie nazywane jest GADANIEM.
A może być i tak, że NIEMOWLĘ, czyli nie mówiące jeszcze dziecko, w fazie gaworzenia i ssania (ga-ga-dania i smoktania) mogło się nazywać GADEM? SMOK-GAD?
No to jaka ciężka złośliwa zaraza wprowadziła do systematyki słowo GAD dla oznaczenia wężowatych i jaszczurkowatych stworzeń?
Na zdrowy rozum, one nie ga-ga-dają. Są nieme :)

-Ach tak.. Mała przerwa dla rąk i zaglądam do komputera sprawdzić czy słowo GAD występuje jeszcze w innych językach w systematyce? (gady, ssaki, ptaki itd)
-Po angielsku to reptile, po niemiecku też reptil i jeszcze Kriechtier. Po hiszpańsku też reptil. W innych niesłowiańskich językach też nie ma słowa GAD.
Języki słowiańskie:
Po serbsku- zvaranik, po bułgarsku- влечуго(wljeczugo), po rosyjsku- рептилия(reptilia) i na drugim miejscu GAD, po ukraińsku również GAD, po słowacku- plaz,
W ten sposób występowanie słowa GAD na oznaczanie reptilów zawęża się do Polski, Ukrainy (będącej przez historyczny czas częścią Polski) i części Rosji (nie wiem jakiej części, bo nie chciałam już szukać, ale pewnie łatwo zgadnąć).
[Tak na marginesie: w sprawie słowa GAD i języka niemieckiego, google zeznało że w języku średnio-dolno-niemieckim, słowo to oznacza BÓG. Zabawne :)
Ktoś ma ochotę pociągnąć skojarzenia ?
Tak na szybko- oni ze swoim niezrozumiałym dla nas językiem byli niemcami, czyli NIEMYMI, a my dla nich GADAMI?
-Gadaj, no gadaj, mówił Słowianin do Niemca ;)]
To ciekawe, czyżby zemsta pająka?.....

Rączki znowu sobie pracują przy glinie, a umysł zabrał się za ową Matkę Smoczą dysponującą Mogą-Magą. Szybciutko wyciąga ze swoich przydasi słowo Mokosz.
Nieee, myślę. Mokosz to znana słowiańska bogini, przypisują jej związek z ziemią i jakiś niewyjaśniony ze wszystkim co mokre. W sumie nigdy nie odczuwałam do tej postaci ani do tego imienia
większego przyciągania. Raczej ostrożną rezerwę.
Mokosz- to imię kojarzyło mi się- przepraszam wszystkich rodzimowierców, ale a kimś zapłakanym i zasmarkanym i wszelkie za..związane z wilgocią i wodą.
Te wszelkie opisy były mocno zniechęcające. Przy czytaniu o tym, wrażenie na skórze takie, jak przy piszczeniu kredy po tablicy.
Wikipedia podaje sporo insynuacji wobec tej Bogini, można sobie poczytać na własną rękę.
No ale: biorąc pod uwagę wymienność podczas wymowy litey K na G, robi się całkiem inaczej :
Zamiast Mokosz mamy MOGOSZ lub MAGOSZ
I znów jakaś ciężka złośliwa zaraza zamieniła jedną literką MOGOSZ, Boginię pełną MAGICZNEJ MOCY w Mokosz, kogoś kto wpadł tyłkiem w kałużę z powodu zaćpania Makiem (inne imię jakie jej dawano to Makosz. Mak usypia. Cicho jak makiem zasiał ;)
MOGOSZ Matka SMOKÓW, ZMOGÓW lub SMAGÓW ZMAGÓW
Jak SMOKI są małe to smoktają (smogtają) i są gadami (gagadami) do czasu aż zaczną mówić i jeść :)

Z tego wynika, że ktoś tu jest smoczym-ZMOGCZYM rodem.Silnym rodem, który wiele może ZMÓC.
Jesteśmy Smokami, dziećmi Magi
Orłami wychowywanymi jak kaczki.....
Kim byli święci zabijający Smoki i dlaczego to nas cieszy?
Jak to się stało?

Dodatkowe skojarzenia:

Jeśli ktoś się zainteresował nowymi spojrzeniami na czas przeszły, to okazuje się że MOGOŁOWIE
to niekoniecznie Mongołowie, TARTARZY to nie Tatarzy, a TARTARIA to nie Tataria.
Znów ktoś się brzydko bawił literkami. Poprzestawiał nimi nasz Świat.
MOŻNY człowiek to niekoniecznie bogaty człowiek. Słowo MOŻNY pochodzi od MOGTY, czyli MOCY. Litera G wymienia się na Ż. Możny to określenie MOGĄCEGO, czyli mającego MOC. On MOŻE czyli jest MOŻNY. Ten co może jeszcze więcej, jest WIELOMOŻNY zyli...WIELMOŻNY. Więc MOGOSZ to MOŻNA Bogini.
Znacie to?
-Słowa mają moc. Prawidłowo wymówione słowo, tak jak brzmiało na poczatku ma prawdziwą moc.

Ludzkie dziecko SMOGTA, ale tego słowa się nie używa nie wiem czemu. Zamieniono SMOKA na SSAKA i mówi się: ssie. Ale za to daje się dziecku SMOCZEK, a nie SSACZEK.
Tylko ludzie którzy "chodzili do szkół" poprawnie wymówią słowo SSIE. Ludzie starsi i "małoszkolni", w większości wiejscy mówili SIE lub ŚŚIE zamiast SSIE.
Ale naturalnym słowem było dla nich SMOKTA.

Nie upieram się, że to co napisałam to prawda. Uważam, że może być ciekawe, tak jak ciekawe jest że odmienia się słowo MOKOSZ na wszelkie sposoby (Mokosza, Mokosz, Mokusza, Makosz,
Makosza, Moksza, Mąkosza, Mąkosz) ale nikt nie użył prawideł gramatyki i nie wymienił K na G
by mokrość, mąkę i mak wymienić na MOC, godną Bogini. Jakoś klapki na oczach w tym względzie, za to festiwal skojarzeń z mokrościami.
Tak na marginesie, pisze się, że Makosz (teraz wiemy że to MOGOSZ) była matką boga Swarożyca. Swarożyc, syn Swaroga, czyli Słońca.
SMOK ziejący ogniem.
To co napisałam, logiczne w kawałkach niekoniecznie musi być logiczne jako całość. Można by się o to pokusić, ale wymagało by to większej pracy, by znaleźć powiązania i wyeliminować błędy.
W tej formie jest to zabawa, zabawa w wydobywanie wiedzy ukrytej w słowach. A wiedza to
WIEDA, WEDA.
Ok, już kończę :)


środa, 24 maja 2017

Swojskie mydełko


Mydła "sklepowe"  działają na mnie źle. Skóra po kilku myciach nabiera problemów estetyczno-bytowych i odczuwa dyskomfort.
Po szamponach "kupnych" garściami wyciągam włosy przy każdym czesaniu i to  tylko część problemów jakie występują u mnie od tych wynalazków.

Siłą rzeczy, aby uniknąć bezustannego cichego dyskomfortu ze strony ciała (to tak jak z ubraniową metką na karku, coś ci dokucza, ale nie wiesz co), zaczęłam eksperymentować z różnymi rodzajami "myjów" do ciała i włosów. Dłuższy czas do włosów używałam sody, potem mydlnicy, potem sody z mydlnicą, potem skusiłam się na orzechy piorace, jak była możliwość kupowałam manufakturowe mydła bez chemii, testowałam różne dziwne przepisy. Było o niebo lepiej.
W końcu odkurzyłam pojemniki z  wodorotlenkiem potasu, wyciągnęłam butelki z olejami, wagę kuchenną, rozpaliłam w piecu i stworzyłam swoje pierwsze mydło potasowe.
Mydło bardzo proste, bo tylko z oleju słonecznikowego, nierafinowanego oleju rzepakowego i odrobiny gliceryny.
(Nie będę podawać przepisu, bo jest ich pełno w internecie. Bardzo ładne, szczegółowe opisy).
Koniecznie chciałam potasowe, bo ono w przeciwieństwie do sodowego, odżywia i pielęgnuje skórę samo z siebie, nawet bez żadnych dodatków.
Jak wylewa się wodę z takim mydłem, rośliny potrafią wykorzystać to jako nawóz.
Można używać go jako bazę do oprysków ziołami.
Jest jak by to nazwać, no muszę użyć tego słowa :)- ekologiczne.

Swojskie mydełko ma bursztynowy kolor, konsystencję bardzo gęstej żelowej pasty, zapach dość przyjemny sam z siebie.
Jest bardzo skoncentrowane.
Do użytku do rąk rozrabiam w osobnym pudełeczku kilka łyżeczek pasty mydlanej z wodą, do takiej miękkości by dało się łatwo nabrać na palce do mycia i szybko się rozpuszczało.
Część zrobiłam z pilingiem makowym i dodatkiem miodu oraz wyciągu olejowego z lawendy, do mycia ciała.
Po myciu mydłem potasowym, jedynym odczuciem jest pełen komfort.
Skóra odżywa.
No i zrobiłam szampon. Dwie łyżeczki pasty mydlanej rozrobiłam w 300ml naparu ziołowego.
Nie miałam pojęcia, że to się tak bardzo będzie pienić na włosach.
Zapomniałam już, jak to jest, mieć pianę na włosach przy myciu, bo ani soda, ani mydlnica, ani orzechy piorace nie dają piany przy myciu włosów.
Do płukania uszykowałam wodę z octem czarnobzowym (Kwiat:)
Włosy po umyciu są świetne, żywe, nawilżone i sprężyste.

Jako płyn do mycia naczyń też jest ok, tylko do płukania dodaję nieco octu, żeby zneutralizować resztę mydła.
Naczynia są czyściutkie i lśniące.
(Mam bardzo twardą wodę, więc część mydła reaguje z minerałami i przechodzi w tzw. mydło nierozpuszczalne, które jednak rozpuszcza się pod wpływem kwasów. To dlatego kiedyś myto i płukano włosy w deszczówce, bo ona nie zawiera minerałów, jest bardzo miękka. Teraz jednak, nie wiem, kto by się odważył użyć deszczówki, więc trzeba dodawać ocet do płukania)
Pranie też wychodzi nieźle. Płukanie z octem.

Powolutku, po troszeczku współczesny świat wypychał mnie z uczestnictwa w coraz większych obszarach, bo nie jestem w stanie używać produktów jakie mi proponuje do jedzenia, kosmetyki, utrzymania higieny oraz zdrowia. Doświadczyłam pracy w trybie korporacyjnym, ale to było wyniszczające. Miałam kiedyś klucze do własnej przegródki w blokowisku-mrowisku sterowanym telewizyjną rozpiską.
Teraz nie płynę z głównym nurtem.
Nie stresuje mnie to, ale daje motywację do szukania innych rozwiązań i wypuszczania się w mniej uczęszczane ścieżki. A tam bywa bardzo ciekawie, zaskakująco  i  inspirująco :)



poniedziałek, 15 maja 2017

Magiczna rosa

wyjść o świcie stopą bosą
umyć się poranną rosą...

Magia rosy ma związek z magią wody, bo rosa to woda przecież, ale szczególna, woda z nikąd, skroplona z powietrza.
Sami rozumiecie, że znaczenie pierwszorzędne ma, gdzie rosa się skrapla, czy w czystych miejscach, np koło lasu i czystych łąk, jezior, czy w warunkach chemicznych upraw wielkoobszarowych, lub miejskich. Zaprogramowanie wody może być negatywne, albo uzdrawiające.
Ale to absolutna podstawa, tego pisać chyba nawet nie trzeba.
1. Rosa to woda strukturowana, przyswajalna natychmiast przez komórki ciała.
2. W zależności od roślin na jakich się skrapla, nabiera innych właściwości. Kiedyś, jako środek leczniczy była zbierana rosa z przywrotnika :)
3. Woda "zaszczepia się" programami substancji z jakimi się styka. Na tej zasadzie działa homeopatia, gdzie  rozcieńczenie substancji czynnej w wodzie jest takie, że badając ją chemicznie można nie znaleźć nawet śladu substancji leczniczej.
A jednak działa.
Wyobraźmy więc sobie, co płynie z kranów miejskich. Woda niby przepuszczona przez oczyszczalnie, chemicznie niby bez zarzutu, ale program jaki w sobie niesie to czysta destrukcja. Taka woda przekazuje swój program wodzie w komórkach ciał: naszych i naszych zwierząt. A komórki reagują na takie sygnały. Tak jak w homeopatii.
Homeopatyczny roztwór destrukcji.
4. Woda z rosy zmienia swoje właściwości, w zależności od pory.
-Wieczorna rosa uspokaja i wycisza, leczy nerwice, bezsenność, wygania koszmary
-Nocna rosa ma właściwości wody martwej, czyli pomaga oczyścić ciało z komórek chorych i nie rokujących. Odbiera energię.
Ma to znaczenie w leczeniu np raka skóry i innych. Okłady z takiej rosy odbierają energię guzom. Oczywiście w tym celu warto zebrać rosę np z glistnika lub roślin przeciwrakowych...
-Poranna rosa, tuż o świcie  i o pierwszych promykach słońca, witalizuje, rozgrzewa, odradza, odmładza.
Tak więc zbieramy rosę z wybranej zieleni (np koniczyna, perz itp) przeciągając po niej czyściutką tetrą, gazą, lub innym czystym naturalnym materiałem, ( np.len) , aż będzie mokra i ciężka, a potem obmywamy się tym, obmywamy i jasniejemy jak poranne słoneczko.
(te materiały prać bez chemii, w orzechach piorących lub mydlnicy, ew. w sodzie lub mydle potasowym)
Można  zbieranie rosy dodatkowo skojarzyć z fazami księżyca, żeby wzmocnić działanie, (np nocna rosa z ubywającego księżyca).
Oraz dołożyć intencje.
Wiem, wiem. Większość z Was jak słyszy że ma dołożyć intencje, od razu stwierdza, że to wszystko na nic.
Poczytajcie więc o eksperymentach z wodą pana Masaru Emoto.
Poza tym nie na darmo nasi szeptuni i szamani wybierali się przed świtem do źródła lub studni po Milczącą Wodę.
Szli w szamańskim ubiorze, z nie używanym nigdy nowiutkim naczyniem, nie wypowiadając nawet jednego słowa ani głosem, ani myślą, tak samo milcząco nabierali wodę i wracali o świtaniu do domu. Tam dopiero woda była zaklinana dla konkretnej osoby  i przekazywana do obmywania lub picia. Dziś powiedzieli byśmy, że programowana intencją uzdrowienia.
Aby program był czysty, Milczącą Wodę mógł przynieść tylko ktoś, kto potrafił dochować zasad.

Nabieram wodę w źródełku z wąwozu. Pachnie wilgotna żywa ziemia. Woda wymywa podłoże aż do łupków wapiennych. Jest krystaliczna, ze srebrnym, szlachetnym połyskiem. Lodowata.
Jestem w środku Ziemi, nade mną tylko niebo osłonięte młodymi, wiosennymi liśćmi na czubkach drzew. Idę chwilę ścieżką wydeptaną przez zwierzęta leśne, potem skręcam do domu.
Po drodze zabieram z ogrodu dwa czerwone ogonki liściowe rabarbaru.
Kroję je na drobno, dodaję łyżeczkę miodu, zalewam źródlanką i miksuję.
Witariański kompot.
Dla cierpliwych: można nie miksować, ale macerować w wodzie przez kilka godzin pokrojone drobno ogonki. najlepiej na słońcu, tak jak kwiatowe esencje Bacha :)
Ale ja nie byłam cierpliwa. Słoneczko wreszcie grzeje, a ja od rana kosiłam ręczną kosą. Chce się pić.
Wycinam przy okazji koszenia dorodne kępy szanty. Soczyste ciemnozielone łodygi z grubymi liśćmi przeznaczam do suszenia.
Podczas suszenia pachnie przepięknie,  jednak smak ma gorzki.
Gorzkie rośliny poprawiają trawienie, oraz działają na wątrobę i wydzielanie żółci. Szanta używana jest również przy astmie i chorobach układu oddechowego. Poprawia krążenie, rozgrzewa.